Monopol


[…] Czyli jak teraz pracujesz, od czego zaczynasz?

Od namalowania czegokolwiek, to średnio ważne. Nie mam szkicu ani pomysłu na obraz. Malarstwo to zapis ruchu w skali 1:1, działanie w terenie, myślenie na płótnie. Widzę, co jest na obrazie, i decyduję, co dalej. Nie wybiegam daleko naprzód, raczej ograniczam się do jednej, bieżącej intencji: taki kształt, to zamalować, lewa połowa czyjejś twarzy z pamięci, ten kawałek zdjęcia wmalować w tę dziurę między formami, przemazać pół obrazu na szaro. Intencje są czasem ogólne, czasem szczegółowe i tak je maluję. Czasem modyfikuję intencję w czasie malowania. I tyle, i od nowa: widzę, co jest na obrazie… Czasem to leci superszybko, ruch za ruchem, a czasem z długimi przerwami.

W pewnym momencie widzę, że obraz jest gotowy, nie muszę się o to martwić. Ja właściwie nie pracuję nad obrazami. Pracuję nad sobą, nad swoimi sposobami podejmowania decyzji. Nie ma w nich ogólnej zasady czy filozofii. To niespójna, ale starannie pielęgnowana kolekcja emocjonalno-intelektualnych zachowań, które prowadzą do powstania dobrego obrazu.

To tak jak z termitierą. Termity nie mają na nią pomysłu, bo nie da się go zapisać w DNA, ale w toku ewolucji wykształciły konkretne proste instynkty na zasadzie akcja-reakcja. I te zachowania wielu owadów wchodzą w interakcje, i mimo że nie ma planu termitiery, to ona powstaje, jest złożona i świetnie działa. To jest organiczne, ewolucyjne, emergentne – w przeciwieństwie zarówno do planowego, radzieckiego podejścia, jak i formalistycznej dekoracji. To mój sposób, żeby prześlizgnąć się między Scyllą metafory a Charybdą konfekcji. Rzeczy, które powstają w ten sposób, są w pewnym sensie naturą. Widać w nich logikę, ale to jest logika, która wytworzyła się sama w procesie ich powstawania. Nikt jej nie wymyślił.

[…]

fragment rozmowy Marii Rubersz z Tymkiem Borowskim, czerwiec 2019